Główną postacią czytanego dzisiaj fragmentu Ewangelii jest – obok samego Pana Jezusa i Filipa – św. Tomasz Apostoł. Jego imię kilkakrotnie pojawia się na kartach Nowego Testamentu. Są to wzmianki bardzo krótkie. Był uczniem, który bardzo pilnie słuchał nauk swojego mistrza. Kiedy Jezus mówił Apostołom o mieszkaniach w domu Ojca niebieskiego, to na koniec rzekł: „Znacie drogę, dokąd ja idę”. Wtedy Tomasz zapytał natychmiast: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz, jak więc możemy znać drogę”. Stawianie pytań jest oznaką zainteresowania. Warto zwrócić uwagę, że jedynym uczniem, który w zasadzie nigdy o nic Jezusa nie pytał był Judasz. Ten, kto pyta, chce poznać, zrozumieć. Tomasz przyglądał się uważnie Jezusowi, wsłuchiwał się w Jego słowa i, co więcej, odkrywał w nich dla siebie coś niezwykle pięknego. Kiedy jednak dowiedział się od Apostołów, że Pan zmartwychwstał, przyjął tę prawdę z dystansem. Nie stawiał pytań, nie rozważał tego, co usłyszał, tylko od razu kategorycznie stwierdził: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Ale kiedy usłyszał, że Jezus zmartwychwstał, to ta prawda nie pomieściła się w jego głowie. Żeby ktoś sam wyszedł z grobu?! Kiedy jednak chwilę później zobaczył na własne oczy, że zmartwychwstanie dokonało się naprawdę, wyznał z całą mocą: „Pan mój i Bóg mój!”. To jest Bóg, to musi być Bóg! Nikt inny nie mógłby tego dokonać!
Widzimy, jak rozwija się w sercu i umyśle Tomasza odpowiedź na pytanie: kim jest Jezus?
Każdy z nas powołany jest do przebycia podobnej drogi. Poprzez całe życie rozwija się w nas obraz wszechmogącego Boga. Przez całe lata ewoluuje rozumienie tego, kim jest Bóg.
Większość z nas usłyszała o Bogu we wczesnym dzieciństwie. Mówili nam o Nim rodzice, dziadkowie, księża. Bóg, wyobrażany był przez nas jako starszy mężczyzna z brodą… Chyba wszyscy też słyszeliśmy, że potrafi się gniewać, a nawet karać niegrzeczne dzieci. I ten zrodzony jeszcze w dzieciństwie lęk, często przez wiele lat paraliżował nasze życie religijne. Może paraliżuje do dziś?
Potem, w wieku młodzieńczym przychodziła pierwsza fascynacja Jezusem, do której często prowadziły oazy, pielgrzymki. Otwieraliśmy oczy, dostrzegając po raz pierwszy w życiu, że Jezus może być najlepszym przyjacielem. A wszystkiemu towarzyszył pewien niepokój, bo ten dobry Bóg poprzez swój Kościół ciągle zabraniał wchodzenia w to, co tak bardzo kusiło w kolorowym świecie naszej młodości.     
Potem przyszło dorosłe życie, a z nim może pierwsze odważne stwierdzenia, że Kościół „nie powinien się wtrącać”, „Pan Bóg tak, a Kościół nie”, a moralne nakazy to już przeżytek… Krytykowaliśmy biskupów, papieża, a może nawet samego Boga. Ale kiedy mijały lata i rozwiewały się marzenia, a zamiast podboju świata, mieliśmy coraz większe poczucie bezradności wobec codziennych problemów, to wielu z nas z rosnącym zaciekawieniem zaczęło słuchać słowa Bożego, gorliwiej uczęszczać na mszę świętą, niektórzy wracali do kratek konfesjonału. A przy tym wszystkim ogarniało nas często to niezwykłe uczucie zdumienia, że On przez tyle lat cały czas czekał na nas. Był większy od naszych przekonań i sądów o Nim.
Na koniec chcę powiedzieć: nawet jeśli w twoim życiu była kradzież, zdrada, obmowa, nawet jeśli u spowiedzi nie byłeś dwadzieścia, trzydzieści lat, to się wyspowiadaj. Napraw to, co jeszcze da się naprawić. Oddaj co nie twoje, przeproś, kogo skrzywdziłeś, usuń ze swojego życia to, co jest powodem grzechu, a doświadczysz najpiękniejszego uczucia, że Bóg cię kocha, przygarnia cię do siebie, że znowu jesteś Jego dzieckiem, masz pokój w sercu i zapewnia cię, że razem z Nim będziesz żyć wiecznie! Piękne prawda? Wielu już tego doświadczyło…
Wasz Proboszcz Ireneusz